Jutro wracam na uczelnię. Zaczyna się szalony miesiąc, bo sesja i ostatnie kolokwia przed nią, Ach, cudnie jest być studentem...
Wczorajszego wieczoru razem z tatą obejrzałam "Hobbita" i szczerze powiem, że jest dobrze zrobiony. Może nie porywa tak bardzo, jak tego oczekiwałam, ale jest wystarczająco dobry. Teraz jestem w trakcie małego maratonu filmowego - "Rycerze z Szanghaju" i "Piąty element" uświetniają mi tą beznadziejną niedzielną pogodę. Jednocześnie szukam do tego newsa na lektorat, czytam notatki z prawa i myślę o tym, jak udoskonalić projekt na technologię informacyjną. Jest tego dużo, będzie jeszcze więcej.
Za 12 dni mam kolędę. I prawdopodobnie będę na niej sama. A za niecały miesiąc zabawa zarobkowa, czyli spongie zamknięta na zmywaku w kuchni. Może odpalą mi z tej okazji niedużą zapłatę, w końcu będę na nogach całą noc po zakończonej sesji. Uroki pracy na zlecenie. Nie mogę się doczekać, aż będę miała to wszystko za sobą, zaliczone na w miarę dobrym poziomie. Chciałabym już wiedzieć, czy w końcu moja przyszłość ułoży się tak, jak tego oczekuję.
Odbiegając, zastanawiam się, czemu osoby kiedyś nam bardzo bliskie porzucają kontakt tylko z tego względu, iż uczą się w innych szkołach, w innych miastach. Prawdziwa przyjaźń nie powinna była wygasnąć z tak błahego powodu. Na moje szczęście, prawdziwi przyjaciele zostali, odeszli tylko ci, którzy widocznie na to miano nie zasłużyli. Oni o to nie dbają, robią to dla własnej przyjemności, niestety często przy tym ranią innych. Ale nikt, oprócz zranionego o to nie dba.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz